***
Serwis prowadzony jest we współpracy z Zakładem Mostów PWr pod kierunkiem prof. Jana Biliszczuka, Zakładem Budowy Mostów PP pod kierunkiem
dr. hab. inż. Arkadiusza Madaja, Politechniką Warszawską pod kierunkiem prof. Wojciecha Radomskiego oraz Związkiem Mostowców RP.


***
777 przepisów
Mostownicy Łucji

Mostownica Łucja

artykuł

Z podróży wzdłuż mostów na Warcie

Zapraszamy do lektury drugiej relacji z naszej wyprawy. Tym razem wrażenia z nocy spędzonej w nadrzecznych szuwarach w Wąsoszu i ze spotkania ze św. Janem Nepomucenem.

Most drogowy w Wąsoszu Górnym

Od strony południowej mostu strzeże kapliczka ze św. Janem Nepomucenem. Co jest w Polsce zjawiskiem dość nietypowym, bo Jan Nepomucen był Czechem. Powiadają, że kapliczka z tym świętym stała też przy moście przed wojną, tyle że od strony północnej. Most wysadzono we wrześniu 1939 r., a w 1959 r. pojawił się na jego miejscu kolejny, drewniany, rozebrany w 2007 r.

Trochę żal, że nie udało się nam go zobaczyć, bo uważano go za najdłuższy drewniany most w Polsce (miał 184 m). Sentyment zapewne kazałby go zostawić jako unikatowy zabytek, ale współczesność rozpycha się łokciami. Most jest na dość ruchliwej trasie, dniem i nocą pędzą po nim wozy dostawcze (niedaleko jest cementownia i mnóstwo przetwórni owoców i warzyw). Deski klekocące pod kołami może i są fascynujące dla takich pasjonatów jak my, ale na pewno nie budziły entuzjazmu przejeżdżających tędy codziennie kierowców furgonetek. Więc stare musiało ustąpić miejsca nowemu. No, może nie tak od razu, bo budowa nowego mostu trwała ponad rok i na ten czas ściągnięto z Pienin flisaków, którzy przewozili ludzi, inwentarz i dobytek z jednego brzegu Warty na drugi. Atrakcja musiała być niesłychana, tym bardziej, że bezpłatna.

My do mostu dotarłyśmy wieczorem. Po stronie północnej majaczył las i dzikie chaszcze, więc zdecydowałyśmy, że to dobre miejsce na nocleg. Szybko okazało się, że nie tylko na nocleg, ale również na romantyczne schadzki po zachodzie słońca, ponieważ kiedy zajechałyśmy naszym Peugeotem na z góry upatrzoną pozycję zastałyśmy tam zaparkowane autko z gruchającą w środku parą. Pół godziny trwało milczące starcie pod tytułem "kto kogo przetrzyma", po czym romantyczni kochankowie odjechali.

I kiedy radośnie wyskoczyłyśmy z auta, żeby rozprostować kości, zjeść kolację i dokonać wieczornych ablucji przed spaniem, zaatakowały nas komary. Co ja mówię — to nie były komary. To były krwiożercze bestie, które nic nie jadły przynajmniej od pół roku. Łatwo sobie wyobrazić, w jakim tempie uporałyśmy się z toaletą, która prawdziwym kobietom zajmuje w normalnych warunkach cztery razy więcej czasu. I dopiero kiedy ułożyłyśmy się do spania na rozłożonych tylnych siedzeniach Peugeota, usłyszałyśmy, że las i dzikie chaszcze dokoła żyją swoim życiem.

Co chwila coś trzeszczało, chrumkało, sapało, oczywiście w odległości metra od auta. Wyobraźnia podsuwała obrazy atakujących nas tyranozaurów, no, w najlepszym wypadku dzików lub wilków, ucho łowiło każdy szelest i stuknięcie, a ręka automatycznie zaciskała się na przygotowanym (tak na wszelki wypadek) statywie. Pobudka o czwartej rano była bardziej wybawieniem od nocnych koszmarów niż udręką wstawania o tak wczesnej porze. I ten widok... Mgiełka nad rzeką i pod mostem, otulająca zaspanego św. Jana Nepomucena, który przecierał oczy ze zdumienia, któż to oprócz ptaków nachodzi go tej porze...

<br />foto: Katarzyna Janikowska <br />foto: Katarzyna Janikowska

foto: Katarzyna Janikowska (zdjęć w galerii: 2)

polecamy


 
polityka PRYWATNOŚCI
POLEĆ znajomemu nasz serwis
|
RSS
kontakt
 
manufaktura janikowska